Moje postrzeganie świata
blog Kilobajtki
O mnie
kilobajtka
48
,
wieś
Słówko o mnie
Jestem tu bo lubię pisać
Zobacz mój profil
Księga gości
 

LUBIĘ CZYTAĆ

http://www.webook.pl/kilobajtka













































































































KOLOROWANKI



























Notki
wtorek, 06 grudzień 2011, 19:27 Kocham świętego!
Mikołaj jest!
Wierzę w niego nie tylko z racji swego zawodu. Dziś dostałam prezent niespodziewany. W banku, którego nazwy nie wymówię a w którym mam konto, naliczono mi niesłuszną opłatę. Znam banki nie od dziś i wiem, że w naliczaniu są niezłomne i potrafią umiejętnie i zawile z tego się tłumaczyć. Zawsze mają rację.Wczoraj tak bardziej z nudów niż ciekawości złożyłam reklamacje.
A co to-pomyslałam-5 zł drogą nie chodzi. Dziś patrzę a tam, na koncie, niespodzianka.Uznali moją reklamację i oddali całe 5 zł.
Jaka to miła niespodzianka, prezent.
Ach ten Mikołaj, uwielbiam go!

sobota, 03 grudzień 2011, 19:48 Dziwę się!
Dziwie się dlaczego buduje się u nas tyle stadionów. Cały naród buduje stadiony , hura, na chwałę na właśnie ...czego?
   Igrzysk przecież mamy pod dostatkiem.Dlaczego tak bardzo faworyzujemy tę jedną dyscyplinę sportu skoro jest ona taka kryminogenna-niemalże. Po cóż nam te wielkie areny? Zostaną ona nam jak Koloseum ?
   Zastanawiam się czy kiedykolwiek usiądę tam , na widowni, czy poszłabym tam z moimi dziećmi albo wnukami, czy, wiedząc ,ze ktoś z moich bliskich tam będzie to nie zmartwię się, że porwie go tłum i w
amok wpadnie i kamieniami będzie rzucał?
  Nie radzimy sobie z agresją na stadionach to po co w to brniemy?
  Z perspektywy wiejskiej nauczycielki to powiem,że skoro tyle szkół wiejskich się zamyka dla oszczędności to po co te monumenty?
   O najnowszej aferze w związku piłkarskim pisać nie będę bo nie mam zamiaru sobie tym głowy zaprzątać, ale to tez jest dowód na to,że wielkie stadiony są zbędne.
Aż starach pomyśleć co będzie na tym Euro 2012, jak my tę żabę połkniemy. W losowaniu nasza drużyna była najbardziej pożądana nie ze względu na urodę chłopaków. Czy to tak trudno przewidzieć,ze jeśli nam dokopią to kibice wpadną we frustrację. Nie trzeba być kibolem aby w końcu mieć tego dość i wyładować się na koszu ulicznym.
  Nie każdy potrafi zagryźć zęby na szaliku w barwach narodowych

niedziela, 21 sierpień 2011, 19:32 Piękna jest Wisła w Wiśle


Byłam w Beskidach, w Wiśle.
Cóż za piękna okolica.Góry , nawet wysokie, porośnięte lasami, z których po deszczu wyłażą chmury. Domy tak wysoko porozrzucane na stromych zboczach, że chyba ich mieszkańcy ostrożnie przewracają się z boku nas bok aby nie spaść z łózek, nad ranem.Wieczorem muzykę słychać , pikne góralskie śpiwonie. Powietrze rześkie a woda wiślana niemalże pachnąca.

Przyroda tu piękna ale nie to mnie najbardziej zachwyciło.Wisła to miejsce szczególne
Najbardziej zachwyciła mnie w tej perle Beskidów wielorakość w wielbieniu stwórcy.Co rusz to jakiś kościół, kościółek lub inny dom modlitw a każdy innego wyznania, innej wiary W dali widać wiarygodny napis "Pan Bóg Cię kocha"


Na stronie miasta pisze,że "Obecnie działają tu wierni 13. różnych kościołów i związków wyznaniowych, przede wszystkim protestanckich. Wierni Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego stanowią ok. 50% społeczności, Kościoła Rzymsko – Katolickiego – ok.30%. Resztę stanowią mniej popularne konfesje, m.in. Świadkowie Jehowy, Baptyści, Zielonoświątkowcy, Adwentyści Dnia Siódmego. Na terenie miasta znajduje się 5 kościołów ewangelickich, 5 kościołów katolickich i 4 świątynie innych wyznań."

To prawdziwy powód do dumy i dowód mądrości tamtejszych bo nigdzie nie widać śladów po rzucaniu jajkami, złosliwych napisów ani innych dowodów nietolerancji.
Co za miejsce magiczno-ekumeniczne -każdy się modli po swojemu i szanuje sąsiada. Nikomu inność nie przeszkadza .Pewnie sam Pan Bóg ma tu swoja chałupkę gdzieś na szczycie bo lepszego miejsca na świecie nie znajdzie.

Ci co nie mogą się zdecydować gdzie się pomodlić albo wcale do kościołów nie chodzą wielbią Adasia "Mistrza świata co nad miastem lata" a i nasz Pan Prezydent ma tu swój uroczy zakątek na jednej z górek.
Piękne miejsce -taki prawdziwy  pępek świata





poniedziałek, 18 lipiec 2011, 16:25 Za moich czasów......
      Upływ czasu to zjawisko zatrważające. Pory roku, wschody i zachody słońca , zmarszczki na twarzy to dowody przemijania. Niektóre znaki są jednak zadziwiające.
Czas zmienia język, dodaje nowe słowa do mowy potocznej i nawet się człowiek nie obejrzy a już mówi staropolszczyzną.
Moje dziecię gdy miało ja szybko przynieść miednice stanęło bezradne i mówi"Miednicę? Miednice człowiek ma w sobie.." Miednica, miska -dla mnie to oczywiste , dla niej nie.
Na lekcję o zabytkach dzieci przynoszą rzeczy z mojej młodości.Radio , które od zawsze stało w kuchni , dla nich to staroć.Nikt nie ma dziadka , który pamięta wojnę. Wojna to słowo, od dawna . zabarwione innymi emocjami , to bardziej sensacja niż dramat.
Czas zmienia światopogląd, no może nie aż tak ale coś zmienia w sposobie patrzenia .
Zamiast "och i ach" jest "pożyjemy zobaczymy" Zmienia się ostrość wzroku z minusów na plusy, detali się człowiek nie czepia, horyzont widzi lepiej.
Wakacje mam teraz.Cały rok czeka się na to lato, na wakacje.Na szczęście ten rok tak szybko mija i można się delektować urlopem. Kiedyś to wakacje były inne.Dobrze
pamiętam.Lata gorące, woda w strumyku ciepła, jabłka nisko na drzewach, rosa na trawie, koledzy do grania w piłkę...
A teraz? Oj, szkoda gadać....
poniedziałek, 02 maj 2011, 18:33 Wiosna bucha majem
Zadziwia mnie , jak co roku, ten wybuch kwiecia. Już maj. Znów maj!
Trzeba się tak szybko cieszyć bzem i innym kwieciem bo za chwilę przeminie...





Bez ubiegłoroczny. Taki sam jak ten za moim oknem. Czy ktoś widzi różnicę ?


czwartek, 21 kwiecień 2011, 09:25 Wesołych Świat!
Wielkanoc

Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Droga, ktorą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus, wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni choragiewką.

Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: "Chryste!".

Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: "Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem."

Jan Lechoń




piątek, 25 luty 2011, 11:08 Przeźroczyści ludzie
W dużej szkole , w dużej klasie stoją dwa długie rzędy ławek. Siedzą
w nich dzieci różne. Niektóre dzieci siadają na przodzie, inne zawsze
z tyłu.Tak jak w życiu.. Na końcu siedzą dzieci takie, które są grzeczne, niczego się nie domagają, nie sprawiają problemów, odezwą  się albo i nie, w nic się nie angażują, do niczego nie są wybierane.
Takie są!

To takie przeźroczyste dzieci.

Pytane co było w szkole odpowiadają "Nic" Oceny maja przeciętne albo  gorzej i nikt nigdy nawet nie zauważy , że ich nie ma. To tylko numer w dzienniku, arkusz ocen do wypełnienia i świadectwo do napisania.

Tyle wiejskich szkół już zlikwidowano, tyle się likwiduje. Tyle pieniędzy pochłaniają wiejskie dzieci-można tak łatwo zaoszczędzić! Na dzieciach!
Zamknąć szkółkę i wysłać  je  do dużej szkoły.Przecież to tylko  dopisanie kolejnego numeru do dziennika , dołożenie arkusza do sterty arkuszy i kilka więcej świadectw do wypisania. Dostawi się kilka  ławek, może trzeci rząd dołoży i nikt nie zauważy różnicy.W dużej  szkole pewnie się dużo nauczą!
To nic, że przybędzie przeźroczystych dzieci.

Zaoszczędzone pieniądze można wydać na budowę dróg, może na remont budynku urzędu a może nawet fabrykę się wybuduje.
Jak urząd zadecyduje, zarządzi , tak będzie, nikt się nie sprzeciwi  bo cóż mogą przeźroczyści ludzie.

W małych szkołach nie ma przeźroczystych dzieci!

poniedziałek, 21 luty 2011, 16:40 Nie tak łatwo świętym być!
"Podstawowym faktem świadczącym, że dana osoba jeszcze za życia, a  najczęściej po śmierci, cieszy się szczególnymi względami u Boga, były  czynione przez nią cuda. Te podstawowe aspekty świętości - przykładne
życie i zaistniałe cuda za wstawiennictwem świętego - stanowią   podstawę także w obecnej procedurze kanonizacyjnej."

Wikipedia

Każdy święty musi zrobić jakiś cud. To trudne!
Wszyscy święci , chyba muszą dużo myśleć, co zrobić aby , w dobie  nieufności powszechnej, trików kinowych i efektów specjalnych, zrobić  jakiś zwyczajny cud.
Tylu jest przecież cudotwórców współczesnych. Jedni potrafią operacje   plastyczną taka zrobić , że młodość wraca, inni wymyślają cud-specyfik,  lekarze przeszczepiają co chcą, same cuda techniki po świecie jeżdżą.

I cóż taki święty z nieba może? Jaki cud da się jeszcze zrobić? Jak  przekonać niedowiarków, że to cud? Czy małe cuda mogą się liczyć?  Czy  są cuda ważne i ważniejsze?   Ile osób  powinno się cudem zachwycić?

Może trzeba plebiscyt zrobić i pomóc świętym.

Tęcza na pogodnym niebie. Łąka pełna kwiatków na wiosnę. Szkoła pełna szczęśliwych dzieci.
Ludzie pogodni i przyjaźnie nastawieni do siebie.
To moje propozycje.   Nie za trudne?

sobota, 12 luty 2011, 19:46

WYRÓZNIENIE OD  ELI -EXEL12345

Zgodnie z regulaminem konkursu dziękuje Ci Elu,
za wyróżninie

Umieszczam na swojej stronie kwiatka i
rozsyłam podobne dalej.

sobota, 22 styczeń 2011, 17:23 Dawno wiersza nie było..
To mi wpadło i zostało, jak to z wierszami bywa, kołacze się tak...
Piosenka Magdy Umer






Przez kolejne grudnie, maje każdy goni jak szalony,
A za nami pozostaje sto okazji przegapionych
Ktoś wytyka nam co chwilę
W mróz czy upał, w zimie, w lecie
Szans niedostrzeżonych tyle
I ktoś rację ma, lecz przecież

Jeszcze w zielone gramy,
Jeszcze nie umieramy,
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany,
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną,
Jeszcze zimowe śmieci na ogniskach wiosny spłoną,
Jeszcze w zielone gramy,
Jeszcze wzrok nam się pali,
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali
My możemy być w kłopocie,
Ale na rozpaczy dnie jeszcze nie
Długo nie

Więc nie martwmy się, bo w końcu nie nam jednym się nie klei
Ważne, by choć raz w miesiącu mieć dyktando u nadziei
Żeby w serca kajeciku po literkach zanotować
I powtarzać sobie cicho takie prościuteńkie słowa:

Jeszcze w zielone gramy,
Jeszcze nie umieramy,
Jeszcze się spełnią nasze piękne sny, marzenia, plany,
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją
Jeszcze w zielone gramy, choć skroń niejedna siwa
Jeszcze sól będzie mądra, a oliwa sprawiedliwa
Różne drogi nas prowadzą,
Lecz ta, która w przepaść rwie jeszcze nie
Długo nie

Jeszcze w zielone gramy -
Chęć życia nam nie zbrzydła
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął
"Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął!"
Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera
Gramy w nim swoje role naturszczycy bez suflera
W najróżniejszych sztukach gramy
Lecz w tej, co się skończy źle jeszcze nie
Długo nie


Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
37431
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
2395
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
98












 Z pamiętnika młodej nauczycielki 

Pani wizytator przyjechała do szkoły na kontrolę.
Nasz dyrektor uprzedził,że wizytacja to taki stwor, który żywi się papierami więc tworzyliśmy wykwintne menu dla wizytujących. Na szczęście dzieci były grzeczne i same spokojnie siedziały w klasie,wypełniały ćwiczenia
nie przeszkadzając nam w pracy.
W dzień rozpoczęcia kontroli, od rana było jakoś nerwowo. Ktoś sie dowiedział,że pani wizytator
nie toleruje żadnego ciasta do kawy i trzeba było szybko do kiosku biec po jakieś owoce.
Wszyscy nauczyciele dyżurowali na korytarzu w czasie przerw co wywołało z kolei   nerwowa atmosferą wśród dzieci, które zdezorientowane pytały sie o wszystko.
-Możemy biegać ..tak trochę-zapytał Marcinek ale nie czekał na odpowiedz bo widocznie moja mina mu powiedziała,że ma mi głupstwami głowy nie zawracać.
-Podobno w sąsiedniej szkole było ostro, nocami siedzieli i coś tam pisali
-Rozkładów nie mieli...
-Rozkłady mieli ale to teraz sa plany wynikowe i trzeba tytuł zmienić
-Całą noc zmieniali tytuły?
-Nie , może  nie mieli celów szczegółowych bo teraz trzeba mieć i chyba dopisywali a może ewaluacji nie mieli..
Powiało groza , każdy już miał w oczach jak siedzi w nocy przy komputerze i przerabia tytuły,
wciska coś miedzy wiersze albo tworzy ewaluacje bo przecież nigdy nie wiadomo co na w tych papierach ma być.
Po drugiej lekcji, do moje klasy wpadł pan dyrektor lekko zdyszany.
-Pani Kasiu, koordynatora sprawdzają, pani u nas jest..-tu mu lekko głos zmienił ton z oficjalnego
na jakiś przymilnie pytający
-No jestem, przecież na kurs mnie pan wysłał w październiku.
Wybrano mnie w ubiegłym roku, na radzie pedagogicznej na koordynatora do spraw bezpieczeństwa bo podobno mam dobry kontakt z policja.Zgodziłam się z lekkim  wahaniem bo moj kontakt z policja ograniczał sie do jednego policjanta, który i tak mnie ostatnio zaniedbywał bo był na jakimś szkoleniu.Na kursie było fajnie, z koleżankami pogadałam i zakupy zrobiłam.
-Ma pani coś z tego kursu ? Dawali coś?
-Mam w domu , cały segregator dali.
-No to ja dzieci popilnuje a pani ma 5 minut..to bardzo ważne.
Rozpoczęła sie misja "Koordynator"W ciągu 2 minut byłam w samochodzie i z piskiem opon wsteczny, bieg i jazda.
Przez dom przeleciałam jak wiatr .Jest. Jazda z powrotem. Podjeżdżam na parking .Moje miejsce zajęte .Wizytacja przyjechała. Szybko, porzucam samochód i stukając obcasami niosę cenny segregator.Udało się.
Widziałam wielką ulgę malująca się w oczach pana dyrektora, gdy przez uchylone drzwi widział jak rzucam
na biurko sekretarki konspiracyjny towar i pędzę do klasy. 
Pani wizytator okazała się fajną babeczka. Pogadałyśmy na przerwie. Ona też nie ma lekko , coś
mówią ,ze kuratoria mają być rozwiązane i ona się martwi jak to dalej będzie.Co za czasy.
Nawet nie zrobiła zdziwionej miny gdy koleżanki poinformowały ją o mojej motywacji romansowej do bycia koordynatorem.
Powiedziała, ze ze spraw uczuciowych nie wymaga sprawozdania i zachowa to w tajemnicy.
Ciekawe jakie sprawy uczuciowe, też mi, Piotr jest od miesiąca na dalekim szkoleniu i cóż robić.
Akurat była długa przerwa i rozmawiałyśmy spokojnie i już na luzie bo wizytacja pojechała, gdy nagle Marcinek energicznie  zapukał do pokoju nauczycielskiego.
Widocznie ten mój mądrala dziś miał zły dzień bo o wszystko sie pytał.
Pewnie znów chce wiedzieć  czy może nos wytrzeć-pomyślałam.Już byłam lekko zirytowana, przecież on chodzi do 3 klasy i podobno jest bardzo inteligentny.
-Psze pani, samochód sss...-zasyczał jakby coś go zabolało.
-Co się znów stało-wzniosłam oczy ku sufitowi

- Nic się nie stało..na razie... ale pani samochód stoi na środku przystanku..
-Jakiego przystanku-przerażenie odebrało mi mowę
Wybiegłam stukając obcasami. Ileż ja sie w tej pracy nabiegam. Na palcu tam gdzie zawsze stoi mój samochód -pusto. Parę metrów dalej , prawie na przystanku autobusowym, z nosem na słupie
stoi moje biedactwo. Samo pojechało.Jakim cudem, przecież plac jest prosty i równy.
Może za szybko z niego wysiadłam .Zapomniałam dać na bieg a ręcznego wole nie ruszać, żeby nie popsuć. Na wypadek kontroli policyjnej muszę mieć wszystko w najlepszym porządku bo znów będzie wiejska afera.
Szybko , póki nikt nie widzi wyjechałam z przystanku.Niestety światło przednie, takie duże miało dziurę-stłukło sie.Taki wstyd. Jestem koordynatorem bezpieczeństwa a stwarzam zagrożenie na przystanku autobusowym. Dobrze,ze jedyny PKS już dawno pojechał i nikogo nie było w pobliżu.
Zupełnie nie wiem jak sie to mogło stać.
-To nie będzie duży wydatek-pocieszali mnie w pokoju
-Jak można być tak nieuważnym-dokuczała mi Aśka -a w ogóle to gdzie jest policja, żeby nie dopuszczać do takich niebezpiecznych sytuacji!
No właśnie, gdzie ta policja.
Trzy miesiące na szkoleniu to już przesada.









cz9

Nie lubimy się z paniami z tego kołka różańcowego od dawna. Jawna niechęć zaczęła się czasu gdy któraś z nich wyraziła niepochlebną opinie na temat tego co robimy podczas przerw . Pani Fruzia nam uprzejmie doniosła, że one maja nam za złe ,ze pijemy kawę na przerwie. Cytat był dosłowny "Krowy tylko pija kawę w pokoju nauczycielskim a dzieci na płocie siedzą "
Te krowy to my. Krew się w nas zburzyła i niechcęć narosła. Dla poprawy nastroju czasem komentowałyśmy ze złośliwą ironią poczynania tych moherowych paniusiek.
Nasza Fruzia na znak protestu i solidarność z "krowami" wypisała się z kółka i na bieżąco informowała co "one" robią.
-W niedzielę był w ośrodku zdrowia jakiś pokaz rewelacyjnego środka odchudzającego-poinformowała nas kiedyś rano w poniedziałek- wszystkie sobie kupiły i nie chciały powiedzieć jak to działa i gdzie to można kupić!
-Zobaczymy jak chudną- ironicznie zauważyła Aśka . Ironia była w tym przypadku na miejscu bo wszystkie panie miały dość obfite kształty. Niestety po miesiącu okazało sie ,że nie miałyśmy racji .Kółko chudło a nasze zdumienie rosło .
-Widziałyście, Malewska ma talię-cierpko zauważył ktoś patrząc przez okno na idącą ulicą parafiankę
- Madejska ma nowy płaszcz, chyba zeszła z rozmiaru 56...
Dobijało nas to, ale trudno-jesteśmy kobiety na poziomie i postanowiłyśmy nie dawać po sobie poznać, że nas to obchodzi.
Gdzie około listopada panie postanowiły okazać się wspaniałomyślnością i na znak pokoju zakupiły dla szkoły strój Mikołaja. Rozgłosiły to po okolicy.Ksiądz proboszcz był zachwycony.Widocznie on już wyczuł iskry niechęci i złośliwości w swojej parafii i z ulgą przyniósł czerwoniutki znak pokoju, który mu przekazano w reklamówce z hipermarketu.
-Święta idą, czas żyć w pokoju i bez nienawiści.
Zgodziłyśmy się z tym przesłaniem tym bardziej ,że nowy płaszcz Madejskiej powoli robił sie jakiś za ciasny, a talia Malewskiej powoli zanikała.
W przeddzień mikolajek zrobiłyśmy przymiarkę stroju. Ksiądz proboszcz kibicował konserwatorowi , który , trochę niechętnie, dał sie namówić na przymiarkę.
-Już-krzyknął konserwator gdy był gotów do pokazu mody. Weszłyśmy gromadnie do pokoju nauczycielskiego i stanęłyśmy oniemiałe. Nasz konserwator, ojciec trojki dzieci , człowiek stateczny i wielkiej pobożności stał przed nami ubrany w coś czerwonego, bardzo czerwonego, i bardzo opinającego mu wszystko. Na piersi kubraczek się lekko nie dopinał ukazując ponętne owłosienie klatki piersiowej. Całości dopełniały przykrótkie spodenki, namiętnie opinające pośladki. Całość aż sie prosiła aby jednym szarpnięciem zedrzeć ze świętego.
Oczy nam się zaokrągliły. Pierwsze skojarzenie to -striptizer jest w pokoju nauczycielskim.
Ksiądz zaniemówił.
-Ojej -powiedziałam.
Fruzia zamilkła, a przecież milczenie jest u niej czymś niezwykle rzadkim.
-Wiesz , Heniu- powiedziała po chwili-nie znałam cię od tej strony...
Konserwator zrobił się czerwony.
-Ja tego nie ubieram-warknął stanowczo.
-Jak to nie..przecież to dar pokoju...obrażą sie....-próbowano go przekonywać, ale nadaremnie .
Konserwator wyszedł zirytowany a my śledziłyśmy wzrokiem jak przy każdym kroku kręci tyłkiem.
Ksiądz pierwszy doszedł do siebie i z lekkim opóźnieniem wybiegł za świętym striptizerem. Zapanowała konsternacyjna cisza.
-Do kościoła to musi być liturgiczny...założymy ornat na wierzch-słychać było jego głos na korytarzu.
Ostatecznie ustalono,że ubranko od kółka różańcowego bedzie pod spód a na wierzch założy się tradycyjnie, to co w tamtym roku.
Dzisiejsza wizyta świetego Mikołaja w naszej szkole miała jakiś głębszy podtekst. Dzieci się cieszyły jak zwykle ale każda z pań nauczycielek zamyślała się na jego widok.Przemyśleń było wiele ale wszystkie na pewno krążyły wokół tego czerwonego czegoś pod spodem. Przecież każdy święty musi coś mieć pod spodem! Jakie to głęboko filozoficzne.





cz8
Wiejska nauczycielka rozpoczęła kolejny rok pracy.
Dzieciaki w mundurkach wiec dojrzała we mnie decyzja,ze trzeba zmienić samochód.
Dla samotnej nauczycielki to wielkie wyzwanie bo nigdy nie przywiązywałam wagi do
różnic pomiędzy samochodami.Jeśli już to odrożniałam kolory i jakieś znaki szczególne.Samochód miał jechać głownie do przodu i czasem do tyłu, i starczy.Niestety otoczenie zaczęło wywierać na mnie presję, że maluchem to już mi nie wypada jeździć.
-Jaki byś chciała-zapytał kolega
-No nie wiem, taki żeby jechał-zupełnie nie miałam pomysłu
- Pamiętacie jak Ela w pierwszej jeździe zajeździała swego malucha, jedynka jechała cały czas z miasta-przypomniała sobie Aśka
-Wiem , pamiętam wracałyśmy z konferencji, od razu jej mówiłam,że ten silnik za głośno ryczy-rozmawiać sie nie dało.
-Pamiętam minę jej męża gdy musiał nas holować
Przez kilka dni o niczym się nie rozmawiało w pokoju nauczycielskim jak tylko o tym jaki samochód powinnam sobie kupić.
-Fajny jest taki liliowy jak ma dyrektorka z banku-rozmarzyłam się
-Taki co ma takie zdziwione oczka, no takie urocze owalne światła z przodu-Eli tez sie podobał. Bardzo ładny lecz poza moim zasięgiem.Na zdziwione oczka mnie nie stać .
Gdzieś tak tydzień temu trafiła sie okazja.Sąsiad mojej koleżanki postanowił rozstać sie ze swoją niebieską skodą.To było dla niego dramatyczne przeżycie bo kochał ja bardziej niz żonę a jeździł tylko do kościoła w niedzielę, a w dni powszednie tylko ja pucował. Jeśli już miał się z nią rozstać to postanowił,że odda ja tylko w pewne ręce.Wybrał mnie, sam przyszedł i zaproponował wypożyczenie na próbę.Obejrzałam skodę- fajna była , niebieska i lśniąca.
.Dobrze się złożyło bo w tym dniu akurat miałam szkolenie BHP w mieście i mogłam odbyć dłuższą jazdę próbna.
Szkolenie sie przeciągnęło i jeszcze sie zagadałam z koleżankami z gimnazjum i  gdy wyszłam na ulice było juz szaro.Rozejrzałam się za moim czerwonym maluchem.Nigdzie nie było.
Zrobiłam rundę dookoła Rynku.Najpierw bezsteresowo a później szybciej.
Znów zapomniałam gdzie zaparkowałam.
Wysiliłam myślenie bo szarzało coraz bardziej.
Już zaczynałam się niepokoić bo jakby ukradli to byłby kłopot dla mnie bo nie dla złodzieja. Wszystkie papiery zawsze mam w schowku a i nie sprawdzam czy drzwi zamknięte bo lepiej żeby, jakby co, otworzyć je szarpnięciem jak się kluczyk zatnie-kiedyś tak miałam.Na mrozie, zamek zamarzł. ale się wtedy nachuchałam i dopiero po jakimś czasie , już w nerwach kopnęłam noga drzwi i niespodziewanie się otworzyły ale blacha sie lekko wgięła .Teraz wole nie zamykać dokładnie.
Moj znajomy, ulubiony policjant powiedział,ze maluchów to juz statystycznie nie kradną, więc po co zamykać.
Kobieta musi sobie radzić z techniką swoimi sposobami a wiejska nauczycielka tym bardziej.
Biegam sobie po Rynku szukając mojego malucha a lampy już świeca od dawna i ciemno prawie zupełnie. Jakimś cudem mi samochód ukradli. Musze zgłosić kradzież.Najgorsze,że policja na drugim końcu miasta a ja już nie mam siły tak daleko iść. Jak zwykle sie ubrałam w buty na obcasie.Na ławkach coraz więcej hałaśliwej młodziezy z piwem i już zrobiło mi się przerażajaco. Idę coraz szybciej stukając obcasami po wyludnionych ulicach, nawet nie bałam się bardzo bo jednocześnie w mysli układałam co powiem dyżurnemu policjantowi.Sytuacja robi się dramatyczna bo nigdy nie mogłam spamiętać jakie mam numery rejestracyjne i co mu  powiem ,ze mi ukradli a nie wiem co.Zwolniłam.
Będzie wstyd.Lepiej zrobię jak wroce autobusem i jutro w pracy powiem,że zapomniałam o samochodzie bo się spieszyłam na autobus -już kiedyś tak było. Nikt się nie zdziwi i wstyd będzie mniejszy.Zadzwonie w konspiracji do Piotra niech szuka. Zawracam bo do PKS w drugą stronę trzeba iść.Znów ruszam szybkim krokiem stukając obcasami teraz w drugą stronę.Znów Rynek. Na parkingu , na środku miasta stoi tylko jeden samochód.
I nagłe olśnienie-przecież to moj. Przecież ja mam nowy samochód-niebieski. O matko, co za ulga.Zupełnie zapomniałam.
Gdy wsiadłam do swego pojazdu najpierw poczułam niewyobrażalna ulgę, potem uczucie trochę się zmąciło bo przecież omal nie porzuciłam na środku miasta mojego nowego nabytku-co ze mnie za kierowca bez serca. Żeby mu, czy raczej jej, bo to skoda, wynagrodzić moja bezduszność postanowiłam że, kupuję go..ją.







cz7
Wiejska nauczycielka jedzie nad morze.Na parę dni, z koleżanką.
Kocham morze, potrzebuję jego elektryzujacej mocy do doładowania się energetycznego.
Wyruszyłam z Joasią moją koleżanką-polonistką.Wiejska nauczycielka musi sobie radzić w każdej sytuacji a dwie wiejskie nauczycielki tym bardziej. Samochód sprawdzony w przeddzień u mechanika.
Wyruszyłyśmy wcześnie rano.Pierwszy etap podroży to sklep, gdzie kupiłyśmy zgrzewke wody, bo upał zapaowiadał się duży .Pod sklepem okazało sie ,że koło koła zrobiła sie jakś kałuża.
-O to na szczęście-podobno jak sie wdepnie w kupę to sie ma szczęście-powiedziała Aśka
Pojechałyśmy upajając się wolnością.Na drodze pomiędzy wsią tak nas niosła ta wolnośc, ze aż
jechałyśmy nawet za szybko.W pewnym momencie naciskam na hamulec a tu nic.Wolność jak nas niosła tak dalej niesie
-Cholera..hamulców nie ma...
Jak dobrze, że było pod górkę.Trochę za gorką mieszkał mój mechanik. Na szczęście brama na jego podwórko była już otwarta. Chyba usłyszał nasz wjazd bo zaraz wyskoczył kończąc śniadanie w biegu.
Widząc nasze rozjuszone miny zaproponował poranna kawę i rozłożył nam nawet leżaki .
Cylinderek poszedł. Naprawa trwała dwie godziny.Wypiłyśmy kawę z zona pana mechanika i oswoiłyśmy wszystkie jego psy.Wyruszając w dalszą drogę
jemu też obiecałyśmy ostrożną jazdę.
Nad morze dziś nie dotrzemy więc Aśka zadzwoniła do swojej jakiejś ciotki za Gorzowem, że tam zanocujemy-jak dotrzemy szczęśliwie.
Jechałyśmy i jechały.Najtrudniej było znaleźć wieś gdzie mieszka ciotka.Miałyśmy mapę
ale musiałyśmy zrobić kilka nawrotów bo Aśka za pierwszym razem trzymała mapę do gory nogami.
Ciotka bardzo się ucieszyła na nasz widok.Akurat miała też innych gości ale też była z branży czyli wiejska nauczycielka i nie robiła problemu.
Przygotowała nam spanie na duzym dmuchanym materacu.Noc była pełna świerszczy i bardzo ciepła wiec postanowiłyśmy wywlec materac przed dom na ganek.Co za urocza noc.Dom ciotki dyzy pełen gości, okna pootwierane bo cisza aż po horyzont.
Rozpoczęłyśmy dmuchanie materaca specjalną pompką.Trochę nam to zeszło i okazało się jakieś krępujące bo pompka wydawała dźwięki dziwne. Na początku to była jakby sapanie ale im materac grubszy tym były one bardziej jęcząco-namiętne.Popatrzyłyśmy na siebie.Materac do polowy nabity powietrzem -trzeba dalej.Z okien raz po raz wyglądały zaciekawione głowy a my czerwone jak dwa buraki jęczałyśmy pompką już niemalże orgiastycznie.
-Dawaj teraz ja-wyrwałam Aśce pompkę-moze ty nie potrafisz.Pokręciłam coś ,pośliniłam zaworek i poskutkowało ale połowicznie bo dźwięki teraz były jakby niższe i bardziej syczące- tym razem była to orgia w basowym wydaniu .Spociłyśmy się obie ale w koncu się udało.Dziwne,że nikt nam nie przyszedł pomóc.
Idziemy spać.Okna się pootwierały z powrotem i znów było słychać świerszcze.
W nocy poczułam deski pod plecami.Powietrze zeszło
-Aśka, rusz się-potelepałam zaspaną koleżankę -wsadzaj zaworek, trzeba pompować
-Sama se wsadź ...mamrotala -ja nic nie widzę
-Oj przestań - znów świerszcze ucichły i zrobiło się cicho
-Pompuj-dramatycznym szeptem wydałam polecenie.I znow najpierw jęki namiętne , później piszczące, rytmiczne .
-Dobra starczy bo wszystkich pobudzisz.
-Dawaj jeszcze trochę
Gdy zaczęło się grube basowe sapanie dopiero przestałyśmy.Spocone , nie tyle z wysiłku co ze zdenerwowania, padłyśmy na orgiastyczne podłoże.
Niestety nad ranem trzeba było powtórzyć operacje ale jakoś dotrwałyśmy do świtu od czasu do czasu tylko dopompowując tak aby nikogo nie zbudzić pojedynczymi piskami namiętnej pompki.
Rano wyruszyłyśmy w dalszą drogę.



cz6
Wpakowałam się dziś w kratkę metalową przed wejściem do naszego gminnego banku.Sama nie wiem co mnie tam poniosło. Obcasy się w biły najpierw jeden potem drugi w kratkę -wycieraczkę.Dobrze,że nogi sobie nie skręciłam. Buty moje ulubione sandałki na lekkim obcasie zostały w kratce a ja stałam boso przed bankiem.
Wyszarpnać obcas to nie sztuka przecież jeśli sie skórka na obcasie zedrze to buty do wyrzucenia. Znikąd pomocy.
Zrobiłam alarm w banku, na boso.
Przyszła babeczka z kasy z widelcem ale niestety, poradziłyśmy sobie tylko połowicznie, jeden but wyszedł drugi nie.Musiałyśmy przerwać operacje bo przyjechała dostawa pieniędzy.
Dwoch wielkich żołnierzy w hełmach osiatkowanych i z prawdziwą bronią stanęło w rozkroku przed moim zgubionym pantofelkiem, niezbyt grzecznie mówiąc,ze mam się odsunać .Odsunełam sie -but został.Może i ktoremuś przyszło do głowy,ze to podstęp, początek napadu -i dobrze. Siedziałam na murku i wyrażałam miną i gestem swoje oburzenie .
Gdy postawni mężczyźni z bronia, trzasnęli drzwiami samochodu i odjechali,zostałam sama z jednym butem, opuszczona i bezradna.
Moje szczęście ma jednak poczucie humoru.Jako wybawcę przeznaczyło mi dziś naszego pana listonosza.
Co za miły człowiek. Lubię go bo on lubi mojego psa.Zawsze ma dla niego ciasteczko i, pomimo że zawsze w biegu, to znajdzie chwilę żeby z moim psim skarbem pogadać. Gdy idzie inkasent z elektrowni psy pienią się z wściekłości i w okolicy panuje jazgot, gdy jedzie listonosz wszyscy machają gonami.
Na jego widok też dziś miałam zamiar pomachać ogonem.Niestety zawiodłam się.
-Kochanieńka , nie pomogę ci-zajęczał
-Co się stało-jakos podejrzanie doreczyciel, wysoki , postawny chłop, przechylony był na jedną stronę, myślałam że to tak na chwile ale okazało się, że to trwały przechył.Dosiegniecie mojego wbitego w metalową wycieraczkę buta było więc niemożliwe.
-Od lekarza idę, korzonki-wyjęczał
-Przewiało pana teraz w takie upały?
-No.. można tak powiedzieć, mam dwa tygodnie zwolnienia-w jego głosie dała się wyczuć jakaś nieszczerość-wersalkę przenosiłem....dobrze ,ze Halinka już jest....
Urwał w pół zdania.Wiedziałam,że jego żona wyjechała do jakiejś sezonowej pracy za granicę, i pewnie już wrociła.
Nie chciałam drązyc tematu bo wyczułam jakąś niezręczną tajemnice.Nasz pan listonosz, przystojny, starszy pan rozsiewał wokół czar męskości, był zawsze szarmancki i miły i ma w końcu prawo do prywatnych tajemnic.Zaniechałam drążenia tematu.
Obok nas , głośno stukając obcasami przebiegła pani Fruzia.Na na widok krzywego listonosza zawołała swoim wysokim głosikiem
-Halinka wróciła! Powiedz jej Zbyniu niech wpadnie do mnie wieczorem-i jak zwykle falujac biustem skierowała się w stronę sklepu.
Na szczęście pojawił się ochroniarz z banku.Pan Kaziu bardzo męczył się w swojej pracy, kiedyś był policjantem a teraz dorabiał jako ochroniarz w naszym gminnym banku.Męczył się bo bardziej nudnej pracy to w okolicy nie było .Miesiącami trzeba było czekać na jakąś obca twarz.
-Cześć Zbyszku-podał reke listonoszowi-widzę,że żona już wrociła
-Wróciła-krotko zajęczał pan listonosz i przechylony poszedł powoli, pojękując, w kierunku swojego domu, zostawiając mnie z Kaziem.
Zanim zdążyłam usta otworzyć, żeby wyjaśnić co jest z moim butem, ochroniarz zrobił poważną minę i głosem niczym policyjny rozkaz, powiedział:
-Wiem , wiem jak się obcasik zadrze to buty do wyrzucenia.
Operacja trwała chwilę.Po podniesieniu do gory całej kraty but zgrabnie wyskoczył.Nic sie nia zdarło.
-I po kłopocie-zadowolony pan Kazio otrzepał mundur.
Babeczka z kasy wyszła skrytykować bariery architektoniczne dla kobiet na obcasach i pochwalić Kazia za sprawną akcje.
-Na poczte musze iśc bo nie ma kto roznosić, żona Zbyszka wrociła-szczęściarz jeden...
-Przecież jest chory-zauważyłam zdumiona, nie lubię jak ktoś sie śmieje z cudzego nieszczęścia
-Tak-babeczka z kasy rozmarzyła się trochę-pewnie wresalkę znów przenosili...jak ja tej Halince zazdroszczę..
-Noo...ale Zbyszek to już musi uważać ...już mu w tamtym roku mówiłem...ma już swoje lata...
W tym momencie jakoś pożałowałam ,że mam debet w innym banku.Poczułam się jakaś wyobcowana .To bardzo źle bo nasza gmina jest wyjątkowa.Tu każdy ma jaką osobistą tajemnicę, o której wszyscy wiedzą.


cz5
Koniec roku szkolnego za tydzień .
W szkole nauczyciele maja pełno pracy a uczniowie tylko pałętają się pod nogami.
Moja dzieci od rana schodziły się niespiesznie Siedziałam już w klasie licząc coś tam w tabelach gdy nagle do klasy wszedł Marcinek, za nim cała procesja dzieci wyraźnie czymś podekscytowanych.
-Psze pani, gniazdo spadło...małe ptaszki....jeden nie żyje...-wołały jedno przez drugie.
Zamarłam z przerażenia. Marcinek niósł w pudełku po butach rozsypujące się gniazdo jaskółek z którego wystawały cztery żółte , golusieńkie dzióbki ptaszków. Jeden leżała obok nieruchomo- nieżywy..
-Ojej-trzeba je dać z powrotem na miejsce..
-Ale ono spadło u Kawala z wysokiej stodoły...jedno wypadło …
-Dziadek Kowal kazał nie brać...ale on kiedyś utopił kotki małe a dzieciom powiedział, ze poszły na koci świat...nie damy mu ptaszków....i tak już jeden nie żyje...
Wszyscy zgromadzili się wokół ławki z gniazdkiem .Nieżywe zapakowano do trumny z napisem' "Kreda biała szkolna" i pochowek odłożono na później bo cztery dzióbki były dramatycznie głodne.
-Muchy!- wrzasnął Marcinek i dzieci rozbiegły się w poszukiwaniu much .Jest , nawet żywa.
Rozpoczęły się próby karmienia. Niestety rozdziawione dzióbki wypluły muchę podaną im finezyjnie nabita na cyrklu.
-Robaki z ziemi- padło drugi okrzyk i wszyscy wybiegli tratować szkolny ogródek z różami. Przy okazji odbył się szybki pochowek pechowego pisklaka .Pawełek znalazł tylko jedną ale za to długą dżdżownicę.
-Za duża, trzeba kroić-polecenia były wydawane w zupełnej ciszy a atmosfera panowała jak na sali operacyjnej podczas ważnego przeszczepu .
-Kto ma kroić ?-Dzieci spojrzały na mnie pytająco i widząc moje mruganie zadecydowano, że zrobi to Krystian bo on chodzi ze swoim tatą na ryby i trzymał już robaka.
Krojenie robaka poszło dość sprawnie.
Rozpoczęło się karmienie .Pierwsza próba - dwa wyplucia i dwa brania. Po pomoczeniu jedzonka w wodzie pełen sukces-ptaszki zamknęły dziobki i poszły spać .Jeden problem z głowy ale co dalej.
-Dziewczyny zostają pilnować ptaszki w gniazdku a my ruszamy na wizję lokalną.
Kowal bardzo się zdziwił gdy nas zobaczył .Nie mógł nam poświecić dużo czasu o szedł do sklepu ale pokazał miejsce skąd spadło gniazdko. Wysoko-nie ma szans na doklejenie. Wracamy, po drodze robiąc zapasy z ziemnych robaków.
Nagle olśnienie .U Jakubika nad stajnią są przecież dwa jaskółcze gniazda też pełne ptasiego wrzasku.
-Tam są pisklaki, może uda się adopcja-Marcinek jak zwykle popisywał sie bogatym słownictwem.
Wysoko i niebezpiecznie bo od strony drogi. Dzieci tam nie puszczę musze sama-kobieta powinna sobie radzić w każdej sytuacji a wiejska nauczycielka tym bardziej. Potrzebna będzie długa drabina. Krystian ma w domu, to niedaleko. Musieliśmy tam niemalże pobiec bo już bo Ania przybiegła zdyszana z komunikatem, że odbyło się drugie karmienie i znów musi ktoś pokroić robaka. Wpadliśmy na podwórko , drabina była pod czereśnią. Trochę szkody narobiliśmy na podwórku tą drabiną bo długa była , dwie doniczki spadły z okna ale w końcu ojciec Krystiana wyszedł z domu mam pomógł Ofiarował sie ,że ją zaniesie gdzie trzeba chociaż właśnie był na zwolnieniu lekarskim bo nogę miał w gipsie. Po drodze dołączył do nas ksiądz proboszcz idący do szkoły na religię.
Procesja sie zrobiła na drodze Na początku drabiny szedł ksiądz, w środku gromada dzieciaków a na końcu ojciec Krystiana z trochę utykający .
Przy stajni Jakubika był juz z nas się dość spory tłumek i rozpoczęła się operacja 'Adopcja " Ksiądz osobiście trzymał drabinę. Zdecydowałam się wejść. Ojciec Krystiana, co za miły człowiek ,jak tylko zobaczył ,ze mam zamiar wejść w mojej zwiewnej sukience na tą drabinę, zdecydował się sam to zrobić. Po jego decyzji ksiądz tez wyraźnie odetchnął z ulgą. W tej chwili nadjechał mój ulubiony patrol policyjny , zatrzymał się bo już dość duża grupa ludzi stała przy drabinie a niektórzy nawet stali na środku szosy . Dziewczynki przyniosły maleństwa.
Ostatecznie na drabinę wchodził pan policjant. Piotr ma na imię -tyle zdążył mi w zamieszaniu powiedzieć.
-Cztery -krzyknął z wysokości licząc pisklaki w pierwszym gnieździe
-Dokładamy jedno-wrzasnął Marcinek. Dołożono. W drugim było mniej tłoczno bo tylko dwa. Tam zmieściła się reszta rodzeństwa.
Wszyscy odetchnęli z ulga gdy Piotr zszedł z drabiny.. Nie chcieliśmy dłużej robić szumu pod gniazdami, żeby jaskółek nie płoszyć i tak przeżyją pewnie stres gdy zobaczą jak im się szczęścia pomnożyło.
Wróciliśmy do szkoły w sama porę bo juz pan dyrektor zaczął nas szukać.

cz4
Pani Rozalia sprząta w naszej szkole od niedawna. Moment jej nastania uświadomił wszystkim jak ważna jest rola osoby z mopem i ścierką w całokształcie życia szkolnego.
Postawna i o dość obficie zaokrąglonych kształtach niewiasta zadziwiła wszystkich bezmiarem energii jakim emanowała w dzień powszedni i od święta.Szkoła lśniła i pachniała czystością Popołudniami słychać było nie tylko stukot jej szybkich energicznych kroków po pustych korytarzach lecz dodatkowo echo niosło śpiewane przez nią pieśni różne ,od pobożnych po frywolne.
Głos miała wspaniały i widocznie niedoceniony- zawsze gdy pan od muzyki pojawiał się na korytarzu tony pieśni rozbrzmiewały jeszcze głośniej.Kiedyś muzyk wyraził swój zachwyt ale później wszyscy mieli mu to za złe, bo w oczach solistki błysnęły iskry i coś napomknęła o chórze nauczycielskim, który warto by założyć.Wszyscy bardzo się przestraszyli bo w osiąganiu celów zaplanowanych dla pani Rozalii nie było przeszkód.
Już wyobrażaliśmy sobie te godziny prób przeplatane dyrektywami wydawanymi przez główną solistkę .
-Ja i pan dyrektor ustaliliśmy ,że...-to było jej zdanie ulubione, które powtarzała dość często, dobitnie i nie zrażając się zdumionym wzrokiem pana dyrektora, stojącego tuż za jakimś z bezsilnie rozpaczliwym wyrazem twarzy.
Dzieci nazwały ja Fruzią i czuły wobec niej respekt a nawet trochę unikały bo lubiła czasem, temu to tamtemu miluśkiemu kurczaczkowi, niespodziewanie , poprawić ubranko , lub energicznie podciągnąć opadające spodenki.Chłopcy bardzo tego nie lubili.
Pani Fruzia wszystko o wszystkich wiedziała a jeśli nawet miała braki to potrafiła je szybko uzupełnić, wyciągnąć z rozmówcy wszystko co chciała. Takiej umiejętności pewnie pozazdrościłby jej niejeden oficer śledczy.Nauczyciele i wszyscy dorośli starali się nie wchodzić jej w drogę bo swą prostolinijną szczerością przyprawiała wszystkich o zakłopotanie.
Postawa nieokiełznanego wścibstwa przyczyniła się do wzrostu wydajności nauczania.
Każda z nas bardzo punktualnie rozpoczynała lekcje aby nie daj Borze nie pozostać sam na sam, na korytarzu, w paszczy lwa dokonującego podstępnego przesłuchania.
Dziś w późnych godzinach popołudniowych padło na mnie.Stało się to gdy wychodziłam ze szkoły ,już na schodach.
-A pani to ciągle wolna, jak ja zazdroszczę tym kobietom co się nie śpieszą -zaczęło się przesłuchanie-przyspieszyłam aby jak najszybciej wydostać się spod obstrzału.
-A ile to już pani ma lat?-zapytała ze szczerym oburzeniem-mój mąż mówił,że ze wszystkich starych panien nauczycielek, to pani najlepiej się trzyma....ale ileż można.Ostatnie słowa były wypowiedziane ze szczerym oburzeniem.
Przyśpieszyłam kroku.Już byłam na podwórku.Do samochodu tylko z 5m.
Pani Fruzia podąża za mną z wycieraczką, którą pewnie zamierza gdzieś wytrzepać.
-A co to pani tak szybko jechała wczoraj-zmrużyła oczęta figlarnie- ten nowy policjant taki przystojny i.....-tu zawiesiła głos aby zaakcentować coś ważnego- ka....wa..ler..
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.Postanowiłam jak najszybciej dostać się do samochodu.
-Mandatu panie nie dostała..no z takim hamulcem..no...on-Pani Fruzia już dostała lekkiej zadyszki w pogoni za mną, ale nie odpuszczała.
Kurcze, gdzie te kluczyki, nerwowo, w marszu, przetrząsam torebkę , zawsze się gubią nie w porę
-Ależ co pani mówi..-probowałam zyskać na czasie
-Już ja tam swoje wiem- znów zmruzyła oczy -jakby się pani tak postarała..tym razem- obfity biust pani Fruzi falował z powodu zadyszki.
Są ..wygrzebałam w końcu kluczyki i z uczuciem ulgi wsiadłam do samochodu uśmiechając się nerwowo
Kątem oka dostrzegłam pana dyrektora, który też juz szedł do domu gdy jednak zobaczył swoja pracownicę trzepiącą wycieraczkę na jego drodze gwałtownie sie cofnął i wrócił po coś na gore.
-Panie dyrektorze..-pani Rozalia wyraźnie ucieszyła się na jego widoki i szybkim krokiem, z niespodziewaną lekkością, unoszą swoje obfite wdzięki skierowała się na schody.
Akurat obok przechodziła moja koleżanka z zerówki.
-Zapomniałam coś w klasie-rozejrzała sie niepewnie-ale nie wiem czy mogę wrócić-ja sie do chóru nie chce zapisać.
Postałam z nią chwilę.Już miałam wsiadać za kółko gdy akurat podjechał jakiś samochód.
-Znów kłopoty z samochodem?-rozległ się głos. skąd ja znam ten miły męski głos..
-Nie, wszystko w porządku-uśmiechnęłam się.
To samo miejsce ten sam pan policjant tylko tym razem nie w mundurze.Prawie dejavu ..
Postanowiłam skorzystać z okazji i w końcu odważyć się spojrzeć na tego przystojnego pana policjanta bo do tej pory brak uczciwości w zeznaniach na temat stanu technicznego mojego pojazdu bardzo utrudniał mi podniesienie wzroku.
Już prawie by sie udało, już chwila robiła się magiczna ....gdy nagle.. okno na piętrze naszej szkoły otworzyło się gwałtownie i z daleka widać było wirującą po nim ścierkę.
-Jeśli ten ręczny dalej ..tak słabo trzyma polecam dobrego mechanika..
-Dziękuje-jak to miło gdy ktoś takim sympatycznym głosem troszczy sie o mój ręczny.
Nie mogłam skupić sie na błyskotliwej konwersacji z miłym panem władzą bo rozpraszało mnie to co działo się w oknie.Nienaganna ondulacja pani Fruzi niebezpiecznie wychylała się z okna, raz po raz zastygając w bezruchu gdy tylko któreś z nas zaczynało coś mówić.Widocznie przebieg rozmowy wypadł pomyślnie bo po chwili
pani Fruzia pomachała nam radośnie ręką i zaintonowała głośno:
"Już księżyc zaszedł, psy się uśpiły i coś tam klaszcze pod boreeeemmm.."echo poniosło radosny sopran po okolicy... no i chwila zrobiła sie magiczna...









cz3
Młoda wiejska nauczycielka, jeśli w porę męża nie znajdzie, to zostanie stara panną.Na wsi na męża dla mądrej kobiety podpasować może jedynie
jakiś młody rolnik, postępowy, o dużym areale, dla którego mądra żona będzie dopełnieniem dobytku i może jeszcze starannie wypełni unijne papiery o dotacje.W naszej wsi był taki jeden.
Opinia publiczna mojej wsi gorąco popiera finansowe wsparcie UE i dlatego ustalono,że mariaż oświatowo-rolniczy byłby bardzo korzystny. Niestety, pomimo stałego monitorowania sprawy w sklepie, okazało sie,że jest już za późno.
Ktoś, gdzieś, widział młodego rolnika o dużym areale z jakąś inna panienką.Ostatnio w sąsiedniej wsi podobno były już jego zapowiedzi przedślubne.Opinia publiczna była wyraźnie zawiedziona.
-Nauczycielki to zostają starymi pannami jeśli w porę męża nie znajdą -słyszałam cierpkie mądrości w sklepie. Zanim zrobiłam zakupy to nie szczędzono mi instruktażu.
-Żeby męża znaleźć to się trzeba postarać.
Dobrze,że teraz nie ma długich kolejek.Trudno.Szczęście mnie ominęło i muszę się z tym pogodzić.Szkoda,ze nie miałam okazji zobaczyć nawet jak mój niedoszły oblubieniec wygląda. Trudno.
Panowie sączący piwo na ławce pod sklepem oczywiście tez byli w temacie. Nie tylko starali się mnie jakoś pocieszyć po tak dotkliwej stracie, ale wykazali się inicjatywą w ratowaniu z depresyjnej samotności .
Lubiłam czasem przystanąć przy podsklepowej ławce, gdzie panowie w roboczych ubraniach z filozoficznym zacięciem, o każdej porze roku, sączyli napój mądrości.
-My pani znajdziemy chłopa-oświadczyli zgodnie
-A może..hmm...kto by tu się nadawał-rozpoczęły sie rozważania.
Nieśmiało probowałam zdusić dyskusje lecz niestety zarodek był juz okazały.
-Józiu spod lasu-padła pierwsza propozycja.
-E, Józiu nie..
-A to dlaczego-zapytał ktoś oburzony.
-Stara Madejska mówiła, że on sie nie potrafi dobrze kochać.
Zapadło milczenie.Każdy sie zastanawiał po czym to poznać, ze ktoś sie kocha dobrze czy źle .Skoro stara Madejska to wiedziała, to pewnie to jakoś można poznać po wierzchu, bo jak inaczej.
Madejska przecież należy do kółka różańcowego..
-Eee- grupa trzymająca piwo była wyraźnie zdegustowana-Madejska nie może tego wiedzieć..stara jest..może ma sklerozę .
-Pewnie, przecież swojego męża pochowała ze 20 lat temu...
Znów zapadło milczenie.Myśli wszystkich błądziły po frywolnych obszarach Kamasutry, co łatwo dało się poznać po zmrużonych z niedowierzania oczach i wietrzejącym piwie.
Najstarszy z panów, po dłuższej, chwili podsumował rozważania myślowe.
-E, panowie, nie ma co myśleć, idziemy pchać malucha!
Podnieśli się wszyscy gotowi jak zwykle kontynuować rytuał uruchamiania mojego pojazdu "na pych"
-Dziękuję panom bardzo-zawołałam radośnie- kupiłam sobie nowy akumulator!
-Tak, podwyżkę nauczycielom dali?-ucieszyli się panowie- i na akumulator starczyło?
-E... to może i na jakieś piwo dla nas starczy?
Starczyło. Musiało starczyć dla całej ławki. W końcu prawdziwych przyjaciół docenia sie najbardziej gdy samotność doskwiera.
Nie można mieć wszystkiego.Albo sie ma szczęście w finansach albo w miłości.
W tym miesiącu dostałam podwyżka z wyrównaniem.
Jak dobrze,ze chociaż szczęście w finansach tak łatwo poznać, po wierzchu.



cz2

Fatalnie się dziś zaczęło. Dosłownie za dziesięć ósma , czyli gdy już prawie byłam spóźniona do pracy, młody i przystojny pan policjant zatrzymał mnie do kontroli drogowej  tuż pod szkołą.
-Dzień dobry..- usłyszałam  tylko tyle bo zamarłam z przerażenia. Przypomniałam sobie ,że akurat wczoraj zmieniłam torebkę i nie pamiętam czy wszytko przerzuciłam. Gorączkowo i niemalże histerycznie wytrzepałam cała jej zawartość na siedzenie pasażera w poszukiwaniu prawa jazdy. Było! Co za szczęście.
Wysiadłam. Teraz przydałaby się mini –niestety, dziś zmuszona byłam ubrać spodnie bo wczoraj dokonałam depilacji , dokładnej, jednej nogi –drugą zostawiłam na później. Niestety film wieczorny tak mnie wciągnął, że odłożyłam to na jutro i póki co zmuszona byłam ubrać spodnie.
Wysiadłam.
-Dowód rejestracyjny proszę.
Wsiadłam z powrotem bo dowód mam w schowku. W schowku też mam mnóstwo innych rzeczy .Chwile trwało zanim znalazłam dokument.. Zawartość schowka się wysypała .Znalazła się moja szminka , którą od dawna szukałam. Maznęłam się nią przelotnie i sprawdziłam w lusterku czy oko mam dobre.
Wysiadłam. Pan policjant zaczął coś pisać.
Nagle mój samochód zaczął się staczać, bo było jakoś z górki. Na linii tego stoczenia stał samochód policyjny. Pan policjant gwałtownie rzucił się do powstrzymania mojego maleństwa przed staranowanie jego służbowego samochodu.
-Proszę ręczny zaciągać !-zawołał
Wsiadłam w biegu. Dobrze, że nie ubrałam butów na obcasie. No tak, ręczny mi od zawsze nie trzyma, wrzuciłam bieg. Udało się 30 cm od radiowozu. Ufff
Zrobiło się jakoś nerwowo.
-Światła proszę włączyć-padło suche polecenie
-Ale które, teraz jasno i nie widzę jakie włączam-powiedziałam niepewnie .
Pan podszedł i trochę zirytowanym głosem powiedział
-Tu ma pani kontrolki..
-Aaaa tak, tak-zamrugałam, niech nie myśli ze tak całkiem się na tym nie znam.
-Jedna nie świeci-zauważył –ma pani zapasową żarówkę?
Jakie to szczęście ,ze akurat z schowka mi się wysypała jakaś żarówka , nowiutka w pudełku, może będzie pasować. Wysiadłam.
-Proszę –entuzjastycznie wręczam mu pudełko.
-To ja mam pani wkręcić?- zapytał zdumiony
-A kto?- rozejrzałam się niepewnie, przecież nikogo innego nie było Zamrugałam i spojrzałam na swoje nowe tipsy.. szkoda mi się ich zrobiło.
Kobieta na drodze musi sobie radzić sama a wiejska nauczycielka tym bardziej!
-Zaraz, zaraz, która nie świeci –olśniło mnie nagle. Zdecydowanym ruchem klepnęłam wskazane przednie świtało. Zaświeciło się od pierwszego razu.
-O już po kłopocie.
Moje dzieci w klasie jakoś się dowiedziały gdzie jestem bo wszystkie stały z nosami rozpłaszczonymi na szybie i patrzyły na wszystko z góry. Spóźniony Marcinek zasapany przebiegł obok grzechocząc zawartością plecaka .Nagle zatrzymał się, spojrzał na nas i odetchnął z ulgą .Nie spóźni się dziś . Wyciągnął jakiegoś batona i patrząc na policjanta zaczął jeść. Dzieci go też zobaczyły.
-Marrrcinn… - zawołał ktoś z okna mojej klasy
-Cooo…. - wrzasnął Marcinek tak ,że aż pan policjant drgnął
-Dałłłł mandat?- moja klasa wrzeszczała zgodnym chorem.
-Nie wiemmmm- odkrzyknął zapytany zbliżył się i wspiął na palce, żeby zajrzeć do notatnika policyjnego. Pan policjant odsunął się od nadgryzionego czekoladowego batona, który Marcin trzymał w dłoni.
Szkolny dzwonek słychać było aż na placu. Marcinek ani drgnął. Stał kręcąc w kółko workiem na kapcie i konsumował batona.
-Marcinku, idź do klasy już po dzwonku- próbowałam po dobroci ale jak znam Marcinka to pewnie będzie chciał podyskutować z panem policjantem
-Poczekam na panią- odpowiedział z pełną buzia i zaczęło się
-Jeśli mógłbym zabrać głos- zaczął mój klasowy filozof -to chciałbym powiedzieć, że
jeśli światła są włączone to akumulator się wyładuje. Oszczędność energii jest bardzo ważna..
-Marcinnn.. - znów rozległo się z okna- i co będzie mandat?
-Cichooo - wrzasnął zupełnie innym głosem Marcinek- negocjuje..
Policjant błysnął okiem niczym James Bond, nogi się pode mną ugięły, no teraz to już zapłacę mandat jak nic
-Marcin!- wycedziłam przez zęby oburzona-w tej chwili do klasy!
-Idę , idę – powiedział powoli mądrala-ja tylko chciałem powiedzieć, że nie mam zamiaru pchać tego samochodu- spojrzał z niesmakiem na mojego malucha, ugryzł batona-jeśli znów nie będzie mógł zapalić, bo pani zostawi go na światłach..
Po wyrażeniu swej opinii udał się powolnym krokiem w stroną szatni, kręcąc workiem i kończąc batona..
-Iiiii cooo ?- znów ktoś wrzasnął o okna
-Niedobrze-odkrzyknął Marcinek zdegustowanym głosem i z pełna buzią - z drogówką nie wygrasz…
Zamigotało mi w oczach, teraz nawet mruganie nie pomoże, skąd wezmą tyle pieniędzy na mandat..
-Siadać na miejsca- wrzasnęłam zdesperowana w kierunku okna. Policjant znów drgnął, tym razem z powodu mojego wrzasku .Ujrzał mnie jakby w innym świetle. Zdecydowanym ruchem oddał wszystkie papiery i zakończył kontrolę .Odjechał szybko jakby nie był ciekawy czy mój samochód zapali za pierwszym razem czy trzeba będzie pchać.
Tym razem nie dostałam nawet pouczenia…. od policjanta .Tego od Marcinka , nie liczę bo on zawsze filozofuje nawet jeśli razem z innymi chłopakami pcha mój samochód na szkolny parking.











cz1

Droga do pracy była fatalna. Moj maluch podskakiwał na zamrożonych koleinach
niestarannie odśnieżonej wiejskiej drogi. .Silnik prychał i jąkał się jak Bartuś z trzeciej klasy.
Dobrze, ze chociaż miałam nowe kozaczki , wczoraj sobie kupiłam, takie aż za kolano , trochę wysokie ale da się chodzić . Zawsze coś nowego na człowieku łagodzi nieprzewidziane problemy, na przykład zaburzenia pracy silnika mojego samochodu.
Byłam u mechanika ale mnie zbył i powiedział, że pewnie paproch w gaźniku. Nie miałam czasu nalegać, żeby do niego zajrzał bo coś mnie ciągnęło do tego sklepu obuwniczego .
Z paprochem sobie sama poradzę . Znajdę kawałek drogi odpowiednio wyboistej przejadę kilka razy tan i z powrotem i paproch się wytrzepie.
Kobieta na wiejskiej drodze musi sobie radzić sama a wiejska nauczycielka tym bardziej.
A z resztą na mechanika już mnie w tym miesiącu nie stać bo do kozaczków musiałam sobie kupić spódniczkę .Akurat na taką trafiłam, Może trochę za krotka ale ma dwie falki z przodu i fajnie wyszczupla.
Jest! Droga na osiedle, to jest to czego szukam-same dziury . Na paprocha najlepsze.
Zjechałam z głównej -pełny gaz i do przodu.
Pierwszy raz nie poskutkowało. Nawrot i z powrotem. Ale telepie. Jazda jak na safari.
Mam nadzieję ,ze paliwa wystarczy jakoś kontrolka ostatnio się psuje i nie mam do niej zaufania.
Znów ostro pod górę i pełny gaz z powrotem.
Nagle hałas , brzęk.. maluch zgasł.. z tyłu na drodze została moja rura wydechowa.
Az , cholera już się prawie udało.
Jadący za mną samochód zatrzymał się .Jakie szczęście to mój pan dyrektor. Wcale się nie zdziwił. Jacy ludzie potrafią być życzliwi. Jadący z nocki górnik też zatrzymał się ochoczo. A gdy obciągnęłam spódnicę i wysiadłam z samochodu to nawet nasz pan dzielnicowy swoim pojazdem policyjnym też pojawił się nie wiadomo skąd. .
-Co się stało- zapytał z troską w głosie.
-Rura mi odpadła- Nie będę mu opowiadać, że czyściłam gaźnik i tak nie zrozumie.
Moj szef już niósł moją rurę.
Domyślny górnik już biegł z jakimś drutem. Pan dzielnicowy zsunął czapkę na tył głowy i podrapał się po czole. Rozpoczęła się męska debata nad moim samochodem bez rury.
Niestety najważniejsza część niespodzianek miała dopiero nastąpić.
Energicznym krokiem zbliżyłam się ku grupce gestykulujących panów, niech nie myślą, że
sobie nie poradzę Miałam zamiar włączyć się w dyskusje gdy nagle poślizg i fik..leżę.. niemalże w samym środku męskiego zgromadzenia.
Cisza.
Nie przewidziałam, ze te nierówności okażą się nagle równe i śliskie a moje kozaczki
takie niestabilne.
-Upsss..- powiedział cicho pan dzielnicowy
Mój szef poczuł się za mnie odpowiedzialny, nie tyko schylił się szybko, żeby mi pomoc
ale również troskliwie poprawił i otrzepał moją spódniczkę. Panom oczy się zaiskrzyły ..
Zapanowało milczenie a nawet jakaś konsternacja. Wygładziłam fałdki i poprawiłam fryzurę.
Przecież nic się nie stało.
W tym momencie obok, powoli, przejechał autobus PKS , ten 7.20, którym zawsze dużo ludzi ze wsi jedzie na rynek. Widziałam ludzi z przyklejonymi nosami do szyby , którzy z wielką ciekawością patrzyli na całe męsko- policyjne zgromadzenie z moją ośnieżoną spódniczką w centrum. Pewnie myśleli ,że jakiś wypadek…
Zawsze gdy ubieram mini to się coś dzieje.

Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2006
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty






























http://galeria.interia.pl/galerie,u_id,67565
MOJA GALERIA







WIERSZE






próby i wprawki
http://dmuchawce.blogspot.com/



















Zobacz serwisy INTERIA.PL